Niedzielny wypasiony obiad, czyli stek z rozbefu z czarnym pieprzem

Wizyta w sklepie jest chyba drugim w kolejności źródłem moich inspiracji kulinarnych. Wizyta w masarni, a raczej w sklepie z mięsem i wędlinami, i uśmiechający się do mnie z lady chłodniczej do mnie stek. Oczywiście nie był taki ładny, jak te prezentowane w programach kulinarnych. Wcale nie miał marmurkowatego wzoru tłuszczyku, ale i tak mnie zaintrygował. Potem powrót do domu i wertowanie stron internetowych. W końcu trafiłam na fajny przepis Przepisy.pl

I po konsumpcji pysznego obiadu muszę się przyznać… Zazdroszczę amerykanom ogromu hodowli krów mięsnych. A w ramach rozpływania się nad smakiem pomęczę wszystkich zdjęciami.

Składniki:

  • rostbef steki - 2 sztuki
  • pieprz ziarnisty - 1.5 łyżek
  • sól
  • ząbki czosnku - 2 sztuki
  • natka pietruszki - 0.5 pęczka
  • łyżeczka kaparów
  • oliwa - 4 łyżki
Przygotowanie:
W moździerzu rozbijamy ziarna pieprzu. Dodajemy pokrojony czosnek i kapary i rozcieramy z pieprzem. Dodajemy posiekaną natkę i oliwę. Powstałam marynatą delikatnie nacieramy steki. Smażymy je na rozgrzanej patelni grillowej około 6 minut. Obracamy i nakładamy marynatę. Smażymy ponownie jakieś 6 minut. Obracamy jeszcze raz na jakieś 2 minutki(tylko by marynata się zagrzała). Jeśli zostało troszkę aromatycznej oliwy można nią polać stek na talerzu.
Podawać do stołu i życzyć smacznego.

 

Zupa gulaszowa na obiad i na imprezę

Ostatnio tym daniem zaraziłam moją teściową. Zrobiła go na imprezę jako ciepłą przekąskę. A ja wszelakich gulaszy uczyłam się gotować od mojego taty. Według mnie to właśnie on jest mistrzem dań jednogarnkowych. Ma do nich cierpliwość. Problem jest tylko taki z moim tatą, że nie da się powtórzyć jego receptur, bo on zawsze doprawia na wyczucie i dlatego zawsze to jest inny zestaw przypraw. Choć obserwując go przez lata nauczyłam się, że do wszelkich mięs zarówno gotowanych (np rosół) jak i tych duszonych (np gulasz) zawsze dodaje liście laurowe i ziarna ziela angielskiego. To od niego nauczyłam się też, że podsmażane mięso musi puścić soki. Bo te soki, gdy odparują, pozostawią w ganku przypieczone dno, które jest bazą sosu (zarówno koloru jak i smaku). Skąd wiem, że to dobra metoda? Bo kiedyś oglądałam program Makłowicza. Był on na Węgrzech i opisywał jak się robi gulasz. I węgierska kucharka mu powiedziała, że nazwa wzięła się od słowa przypieczony, przypalony.

Składniki:

- 1 kg wołowiny pokrojonej w kostkę
- 2 cebule pokrojone w kostkę
- 2 duże papryki (kolorowe by było ładnie) lub 5 małych
- 1 ząbek czosnku
- 3 lub 4 nieduże ziemniaki pokrojone w kostkę (1,5 cm)
- 2 do 3 łyżek zacierki
- ziele angielskie
- liść laurowy
- łyżeczka cynamonu
- papryka słodka
- papryką ostra
- sól i pieprz
- cukier
- mały koncentrat pomidorowy
- 4 pomidory obrane ze skórki

Przygotowanie:

Na oleju podsmażamy cebulę. Gdy już się zeszkli (nie przypiecze) dokładamy mięso. Smażymy aż mięso się przysmaży, czyli pierw musi puścić soki, potem te soki muszą wyparować i mięso musi się przysmażyć na nowo – to wymaga dużo cierpliwości (wszystko co przypiecze się do dna garnka da nam aromat i kolor). Dodajemy sporo słodkiej papryki i łyżeczkę ostrej, oraz czosnek, liście laurowe, ziarna ziela angielskiego i cynamon. Dodajemy koncentrat (dużą łyżkę), pokrojone pomidory i cukier (ja jeszcze dodaję jedną ostrą suszoną papryczkę chilli przekrojoną na pół). Podduszamy jeszcze kilka minut i zalewamy wodą (ja zalewam wywarem z resztek, które obkroiłam z mięsa). Dusimy aż mięso zmięknie. Dodajemy paprykę pokrojoną w cienkie paski. Solimy i pieprzymy do smaku. Dodajemy ziemniaki, a gdy już zaczną mięknąć, to dodajemy zacierkę (pamiętać napęcznieje). Gdy zacierka będzie ok, to kosztujemy i w razie potrzeby doprawiamy.

Podawać do stołu i życzyć smacznego.